|
Poniżej przedstawiam moją drogę w karate, opisaną z okazji 25-lecia treningów -
artykuł ten zamieściłem z okazji jubileuszu na stronie internetowej Inowrocławskiego
Klubu Sportowego Karate w 2003 roku. Zadałem sobie wtedy następujące pytania:
"Czy ta okrągła rocznica zasługuje na refleksje ? Czy moje karate zasługuje na
uwagę innych ? Co otrzymałem od karate i co przekazuję innym ? Na wstępie kilka
słów o początkach - w latach siedemdziesiątych, zaraz po filmie "Wejście Smoka"
nastała w Polsce niesamowita wręcz moda na karate. Będąc młodzieńcem pełnym energii, z
dala od domu rodzinnego, rozpoczynałem życie na własny rachunek - podjąłem pracę
i dalszą naukę a czas wolny postanowiłem poświęcić japońskiej sztuce karate. Był
rok 1979. Dziś już nie pamiętam, kto był motorem tych decyzji, ale na pierwsze zajęcia poszedłem
razem z kolegą. Była to sekcja kyokushin w Bytomiu senseia Jacka Czernickiego -
zajęcia prowadzili jego asystenci. Moja pierwsza przygoda z karate trwała kilka
miesięcy, zaliczyłem pierwsze egzaminy na stopnie kyu i ćwiczyłem do momentu
przypadkowej kontuzji kolana. Treningi w tym czasie różniły się znacznie od
dzisiejszych. W dużej mierze były to treningi wytrzymałościowe, nastawione na
ciągłą próbę przetrwania adepta. Najsłabsi szybko odpadali. Oprócz treningu
mięśni była to dobra szkoła charakteru.
Następnym krótkim etapem mojego karate był
kontakt z posiadaczem brązowego pasa w karate kyokushin Ryszardem Galusem.
Podziwiałem jego treningi wysokich kopnięć i próbowałem mu dorównać. Po rozpoczęciu
nauki w Wyższej Szkole Oficerskiej MSW w Szczytnie spotkałem się po raz pierwszy z
instruktorami karate shotokan, co dało mi jeszcze inne spojrzenie na drogę karate.
Wtedy odnalazłem zadowolenie w tym, co robiłem. Postanowiłem jeszcze bardziej
rozwijać swoje zainteresowania sztukami walki. Uczestniczyłem w zajęciach
treningowych karate, m.in. z włoskim trenerem Giuseppe Beghetto, który był
częstym gościem szczecińskich klubów. Wkrótce też zgłosiłem się na kurs
instruktorski, a w ostatnim roku szkoły organizowałem i prowadziłem już zajęcia, co
dawało mi wiele satysfakcji. Prowadziłem nawet badania socjologiczne w swojej grupie
, a ich wyniki posłużyły do mojej pierwszej pracy dyplomowej. W tym czasie
miałem już 26 lat i właściwie na błyskotliwą karierę zawodnika było już za późno, ale
przecież w karate nie jest celem wynik sportowy, a doskonalenie samego siebie, co
powinno trwać przez całe życie. Wynik sportowy może być inspiracją na drodze karate,
ale nie celem samym w sobie. Takie podejście do tego, co robię, pozwoliło mi wytrwać
w przekonaniu, że można być dobrym trenerem nie będąc medalistą. Potwierdzeniem tej tezy były moje dalsze lata
pracy nad sobą i pracy z młodzieżą. W trakcie studiów uczestniczyłem również w programowych zajęciach judo i
technik interwencji, które zawierały najwięcej elementów z ju-jitsu, co poszerzało moje horyzonty o sztukach
walki.
W połowie lat dziewięćdziesiątych zetknąłem się również z Ko Budo, a zwłaszcza posługiwaniem się
kijem, pałką i nunchaku. Po powrocie w rodzinne strony rozpocząłem działalność instruktorską i organizacyjną w
powstającym Inowrocławskim Klubie Sportowym Karate. W 1988 roku zdobyłem swój pierwszy stopień mistrzowski w
karate shotokan. Moi zawodnicy zaczęli odnosić pierwsze sukcesy na zawodach sportowych. Wychowałem również
instruktorów, swoich następców, co dopełnia moją rolę w propagowaniu karate jako sportu i sztuki walki. Przez
lata działalności w Klubie szukałem wielu kontaktów z wartościowymi trenerami, chciałem się uczyć i chciałem,
aby uczyli się moi uczniowie. Oprócz motorycznych umiejętności staram się przekazać moim uczniom jak najwięcej ze
starych, dobrych zasad karate. Sam najbardziej cenię sobie uczciwość i sprawiedliwość, co w dzisiejszych czasach
nie zawsze jest doceniane. Choć ja sam nigdy nie miałem własnego trenera, który kontrolowałby systematycznie moje
postępy, to dzięki uporowi osiągnąłem i tak wiele. Zdając kolejne egzaminy na stopnie mistrzowskie podnosiłem
swoją kondycję i umiejętności techniczne. Największy wpływ na moje karate mieli wspaniali mistrzowie a zarazem
moi koledzy: Janusz Knapczyk, Ryszard Król, Zbyszek Wojtkowiak, a w ostatnich latach Rudolf Heijne z Holandii.
Chciałbym złożyć im wyrazy podziękowania za to, że obdarzyli mnie zaufaniem i cierpliwością. Myślę, że moje
działania nie przynoszą im wstydu.
Od czasów Szczytna przetrwała też cenna, koleżeńska przyjaźń z mistrzem jujitsu
i karate Michałem Godniczem, który organizuje ruch dalekowschodnich sportów walki w Słupsku. Od wielu lat ze swoimi
zawodnikami spotykamy się podczas Gali Sportów Walki w tym mieście. Kończąc tą krótką jubileuszową refleksję źle
byłoby zapomnieć, że były chwile w moim życiu, w których bez wyuczonych umiejętności karate wyjście z opresji byłoby
cudem, a więc powiedzieć należy - warto było się trudzić. Myślę również, że trafne są słowa "Prawdziwe karate
zaczyna się po czterdziestce" - słowa człowieka w średnim wieku są bardziej wartościowe, poparte praktyką i zrozumieniem
tego, co na początku było odległe. Wracając do pytań zawartych na wstępie artykułu myślę, że częściowo już
odpowiedziałem a częściowo odpowiedzą sobie sami czytelnicy - zwłaszcza ci, którzy mnie znają i ci, którzy o sztuki
walki przynajmniej się "otarli". Dwadzieścia pięć lat poświęcone na zainteresowania sztukami walki to
kawałek czasu i jeszcze jedna okazja, aby zwrócić uwagę innym, że karate da się lubić. Niech ten krótki artykuł
będzie wyrazem mojego jubileuszowego świętowania."
Od Jubileuszu minęły kolejne lata i jestem bogatszy o kilka nowych doświadczeń, poznałem również nowych
mistrzów. W tym czasie utrwalała się także cenna współpraca z mistrzami zza miedzy - zwłaszcza z klubów
toruńskich i Łabiszyna. Doznałem sporo osobistych satysfakcji - nic tak nie cieszy jak sukcesy
najbliższych. Jestem dumny, że moi synowie Emil Witkowski i Michał Żuchelkowski poszli również drogą
sztuk walki. Obaj w 2006 roku zdali egzaminy mistrzowskie w karate shotokan a realizując się sportowo
osiągają niezłe wyniki na zawodach krajowych i zagranicznych. Jak widać po dzieciach - od początku mojej
przygody ze sztukami walki minął szmat czasu a pomimo tego myślę, że w zgłębianiu sztuk walki jestem
dopiero w połowie drogi.
|